niedziela, 8 maja 2016

"Civil War" moimi oczami...

Nie chciałbym tego tekstu nazywać w górnolotny sposób recenzją, bo to chyba nie przystoi. Mam jednak nadzieję, że będzie to rozbudowana opinia, która w odpowiedni sposób ukaże moje odczucia w stosunku do najnowszego filmu braci Russo.
Przed seansem miałem pewne obawy dotyczące tego, czy aby taka mnogość superbohaterów w jednym filmie nie będzie miała dla niego negatywnych skutków. W przypadku drugiej części Avengers ta obawa się potwierdziła, ale tutaj absolutnie nie miało to miejsca! Film zaczyna się od akcji w stylu Jamesa Bonda, a nie głupiej sieczki. Ustawienie kamery w trakcie pogoni na zatłoczonych ulicach przywodzi na myśl youtubowe nagrania kamerkami GoPro. W połączeniu z seansem w kinie IMAX daje to rewelacyjne wrażenia.
Nowe postaci, które pojawiły się w filmie - czyli Ant-Man (wcześniej tylko solowy film), Black Panther i przede wszystkim Spider-Man - płynnie wkomponowały się w przedstawioną historię. Najwięcej uwagi chciałbym poświęcić Pajączkowi. Przede wszystkim dlatego, że scena z udziałem Roberta Downeya Juniora oraz Toma Hollanda w fenomenalny sposób rozpoczyna przygodę Spider-Mana z MCU. Potem jest jeszcze lepiej - pojawienie się bohatera w trakcie głównej młóćki wywołuje wiele śmiechów. Spider-Man jest autentycznie nastoletni, zabawny i komiksowy, a tekst nawiązujący do "Gwiezdnych Wojen" rozbawił mnie najbardziej. Ant-Mana jest może trochę za mało, ale każda chwila jego obecności na ekranie trzyma poziom. Z kolei Black Panther sprawia wrażenie afrykańskiego odpowiednika Bruce'a Wayne'a - szuka zemsty za śmierć ojca i ma kozacki kostium na wypasie.
W stu procentach zgodzę się z jedną z opinii, że główny pojedynek bohaterów, do którego dochodzi na płycie lotniska jest - wbrew pozorom po obejrzeniu trailerów - mokrym snem dzieciaka, który bawi się figurkami superbohaterów i inscenizuje w ten sposób ich pojedynki. Walka trwa około dwudziestu minut i dla każdej z postaci jest przeznaczony czas ekranowy. Iron-Man strzela na lewo i prawo, Kapitan miota tarczą, Scarlet Witch pokazuje, że gdyby chciała to sklepałaby wszystkich od razu, Spider-Man rzuca pajęczyną i żartami, a Falcon szpanuje swoim dronem. Dzieje się bardzo wiele, a największym smaczkiem jest pojawienie się Giant-Mana.
Punkt do którego mogę się przyczepić to postać Zemo - właściwie zawdzięczamy mu włączenie do filmu całego wątku pościgu za Buckym - ale mając w pamięci takie role Daniela Bruhla jak Niki Lauda czy Frederick Zoller stwierdzam, że tutaj mnie nie przekonał.
Fabuła filmu jest sensowna i dobrze ułożona. Wszelkie motywy, które kierują bohaterami w tytułowej - nieszczęśliwie tłumaczonej - "Wojnie Bohaterów" mają swoje uzasadnienie. Efekty specjalne stoją - jak przystało na produkcje Marvela - na bardzo wysokim poziomie. Do Tony'ego Starka - który podnosi poziom żartu - dołączył Peter Parker. Na ekranie dzieje się wiele, ale z sensem i logiką, co jest bardzo istotne dla tego typu filmów. Na pewno przed seansem "Civil War" warto zapoznać się przynajmniej z częścią poprzednich części MCU - obie części Avenegers, Zimowy Żołnierz, Ant-Man, Iron Man 3 to chyba absolutne minimum, żeby w miarę sensownie połapać się w wydarzeniach, które mają miejsce na ekranie.
Jeśli mam wystawić ocenę, to bezapelacyjnie film zasłużył na 9 w dziesięciostopniowej skali. Po drugiej części Avengers miałem spory niedosyt. Po "Civil War" nie mogę doczekać się kolejnych odsłon filmowych adaptacji komiksów, w których pojawia się kilku superbohaterów na ekranie.
Na koniec - jako smaczek - zaprezentuję Wam zestaw plakatów, które dodawano do biletów na seans w kinach IMAX. Każdy otrzymywał trzy plakaty. Format w okolicach A4, na grubym, kredowym papierze.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz