poniedziałek, 26 września 2016

Airbourne - recenzja płyty Breakin' Outta Hell!

Trochę nietypowo, bo muzycznie. Jednak obok nowej płyty Airbourne'a nie da się przejść obojętnie. Dla mnie ta kapela stała się swoistym następcą AC/DC, którego to jestem wielkim fanem, a ostatnie zmiany, które w AC/DC zaszły, przemilczę. Pierwszy kontakt z Airbournem miałem jakieś pięć, może sześć, lat temu. Przesłuchałem dwa albumy i zbierałem zęby z podłogi. Sprawdziłem od jak dawna grają i zebrałem zęby drugi raz. Pomyślałem sobie coś w stylu "jak to jest możliwe, że w dzisiejszych czasach grupa młodziaków nagrywa muzykę żywcem wyjętą z lat siedemdziesiątych?". 



Ja muzycznie nie jestem wymagający - jaram się AC/DC, Black Sabbath i Motorhead. Ma być głośno, chwytliwie i przy nowym albumie muszę od pierwszej nuty słyszeć styl danego zespołu. Tak jest w przypadku Breakin' Outta Hell. Wszystko (no prawie) się zgadza od początku do końca. Zaczyna się tytułowym numerem, który od razu podkręca tempo na bardzo wysokie obroty. Niby zwykłe darcie mordy, proste riffy, ale od razu wiadomo kto nagrał ten album. Natomiast dziwi mnie wybór Rivalry na drugi singiel - piosenka zaśpiewna, taka stadionowa i dość lekka. W moim odczuciu zbędny element tej układanki. Potem mamy przejście do Get Back Up, które powolnym tempem potrafi się rozhuśtać i wymusza na ciele słuchacza równomierne potupywanie. It's Never Too Loud For Me utrzymuje klimat poprzedniego utworu, a końcówka jest okraszona soczystą solówką w airbourne'owym klimacie. Thin The Blood można porównać do Bad Boy Boogie AC/DC - szybko, skocznie i głośno, a i nawet zespół braci O'Keeffe uczynił kiedyś coś podobnego - mam na myśli It Ain’t Over Till It’s Over z albumu No Guts. No Glory. I'm Going To Hell For This jest numerem, który z chęcią wrzuciłbym na soundtrack serialu Sons of Anarchy - agresywny, z pazurem, grany nieco wolniej, ale z dużym powerem. Kolejny utwór - Down On You - mógłby znaleźć się na płycie Let There Be Rock i bardzo dobrze komponowałby się z pozostałymi, które się na niej znajdują. Następnie mamy Never Been Rocked Like This, który - o zgrozo! - znowu mógłby trafić na płytę AC/DC. Wstęp mocno kojarzy mi się z numerami z Ballbreakera. When I Drink I Go Crazy to kompozycja, która trwa nieco ponad dwie i pół minuty i jest to szybka nawalanka bez zbędnych wstępniaków i finezyjnych popisów wirtuozerskich (a to takie tu są?). Do Me Like You Do Yourself brzmi jak idealne tło dla filmów sensacyjnych z lat osiemdziesiątych - Arnold, kiepska pirotechnika, spluwy i Airbourne. To naprawdę by się dobrze komponowało;) Zwieńczeniem albumu jest It's All For Rock N' Roll - bujający hymn, który idealnie sprawdzi się jako krótki odpoczynek na koncercie. Dodatkowo można poskandować "All for rock n' roll!!!".


Po przebrnięciu przez wszystkie jedenaście utworów czuję dużą satysfakcję, bo czekałem i się doczekałem. Oczekiwałem że będzie właśnie tak, jak jest. Bardzo cieszy mnie, że Airbourne na swoim czwartym albumie utrzymuje poziom, do którego mnie przyzwyczaił, a nawet - w moim mniemaniu - nagrał płytę lepszą niż Black Dog Barking, które było dość nierówne. Bardzo cieszy mnie to, że istnieje młoda kapela, która może dać bardzo dużo radości fanom prostego rocka i nagrywać płyty, które w obliczu zmierzchu rockowych dinozaurów są bardzo potrzebne. Pewnie ciężko będzie im wskoczyć na poziom, który pozwala zapełnić stadiony, ale ja za nich mocno trzymam kciuki i z niecierpliwością czekam na kolejne płyty! Dodatkowo polecam Wam bardzo mocno ich koncerty - set nie jest długi, ale można poczuć moc od pierwszej do ostatniej minuty i po ostatnim numerze wykręcić dwa wiadra potu z koszulki. Poza tym panowie nie gwiazdorzą i chętnie po gigu robią sobie zdjęcia i rozdają autografy, co widać na poniższym obrazku:)



OCENA ALBUMU:

8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz