niedziela, 30 października 2016

Doktor Strange - recenzja!

W kinach pojawił się kolejny komiksowy film, więc nie pozostało mi nic innego niż udanie się na seans i wyrażenie swojej opinii na temat nowej produkcji ze stajni Marvela. Od razu zaznaczę, że film oglądałem w kinie IMAX, więc mogę nieco zawyżać ocenę wrażeń audiowizualnych. 
W momencie kiedy tylko pojawiła się zapowiedź filmu o przygodach chirurga, który zaczyna zgłębiać tajniki mistycznych sztuk, miałem pewne obawy. Dotyczyły one głównie tego, czy taka tematyka przyciągnie do kin odpowiednią ilość osób i czy przypadkiem produkcja nie okaże się klapą. Pewnie sobie teraz myślicie, że przecież podobnie mogło być ze Strażnikami Galaktyki czy Ant-Manem, a oba filmy odniosły sukces. No tak, ale Mrówek jest trykociarzem, a Strażnicy wzbudzali duże zainteresowanie poprzez fenomenalne i komediowe zwiastuny. Nadal nie wiem jak będzie prezentował się światowy box office, ale na piątkowym seansie sala niestety nie była wypełniona po brzegi. Na pewno zdecydowanie większa część widowni to fani komiksowych produkcji. Skąd to wiem? Widzę ile ludzi zostaje na sceny po napisach :)
Zacznę może od opowiedzenia samej historii, bo najpierw wyrzucę z siebie niektóre wady, a potem będzie z górki i będą same plusy. Mamy kolejny origin, który opowiedziany jest nieco skrótowo. Dla ludzi znających komiksowe historie z Doktorem jest to jak najbardziej ok. Niestety dla widza, który jest kompletnie poza tematem, mogą pojawiać się pewne luki. Każdą komiksową produkcję oglądam z narzeczoną, która nie czyta komiksów i dzięki temu mam sensowne porównanie. No i mamy Pana Strange'a, który osiąga sukcesy w medycynie, szybko wyrabiamy sobie zdanie, że jest nieco bucowaty i zapatrzony w siebie, nagle łup! Rozwala samochód, dowiaduje się, że ręce będą mu się trzęsły do końca życia, ale bardzo szybko dociera do gościa, który miał przerwany rdzeń kręgowy i okazuje się, że ktoś go cudownie uleczył. I jak za pomocą proszku Fiuu Stephen przenosi się bardzo daleko i natrafia na tych, których szuka. Pojechali banałami, ale w tym momencie zaczyna się robić bardzo dobrze. Pierwsze spotkanie z Przedwieczną - genialna Tilda Swinton - to kwintesencja komiksów o przygodach Strange'a. Jedna wielka dawka LSD, feeria barw, rozwarstwień rzeczywistości, przejść między wymiarami - konkretne wow!
Akcja zaczyna się rozkręcać, jest kilka śmieszkowych przerywników, które są utrzymane na dobrze znanym z produkcji Marvela poziomie i znowu pojawia się krótkie uproszczenie - ćwiczenia, walki, stare książki i nagle główny bohater świetnie posługuje się zdolnościami, na które inni pracują latami. Ok, trzeba było to jakoś uprościć, niech im będzie. Koniec czepialstwa, bo pora na to, żebym przeszedł do tego, co trzeba pochwalić. Są to trzy elementy, które ciągną ten film i powodują, że na wspomniane wcześniej luki i uproszczenia można przymknąć oko.
Po pierwsze jest to naprawdę wysoki poziom aktorstwa! Marvel już od wielu lat stawia w swoich filmach na głośne nazwiska, które przyciągają widzów, ale dają też naprawdę dużą jakość. W przypadku Doktora Strange'a ilość popularnych, a również bardzo dobrych, aktorów jest ogromna. Mamy oczywiście Benedicta Cumberbatcha, który przypomina mi Roberta Downeya Juniora w pierwszej części przygód Iron Mana - widz go nie zna w tej roli i ma go za buca, ale nie da się go nie lubić. Tilda Swinton przywodzi na myśl Cate Blanchett w roli Galadrieli - potężna i mocno tajemnicza. Mads Mikkelsen jako główny przeciwnik głównego bohatera prezentuje się bardzo dobrze i nie wywołuje zażenowania mimo przesadnej ilości cieni do powiek. Rachel McAdams nie gra pierwszych skrzypiec, ale w scenach, w których się pojawia jest bezbłędna. Show kradnie Benedict Wong, który jest dla tego filmu kimś w rodzaju Pana Chow znanego z Kac Vegas.
Kolejnym elementem, który wywiera na widzu ogromne wrażenie jest oprawa dźwiękowa. Naprawdę polecam oglądanie filmu w kinie IMAX, bo te wrażenia są mocno spotęgowane. Ścieżka dźwiękowa jest bogata w elementy, które od razu przywodzą na myśl klimaty dalekiego wschodu. Muzyka dodatkowo podtrzymuje napięcie w scenach akcji i naprawdę wyśmienicie spełnia swoją rolę.
A to, co w filmie jest najlepsze i naprawdę wgniata w fotel to część wizualna. Oczywiście na myśl przychodzi porównanie do Incepcji, ale Doktor Strange to nie tylko film, w którym wyginane są struktury, a płaszczyzny stają się przestrzenne. To tylko jeden z wybitnie opracowanych elementów graficznych tej produkcji. Mamy tutaj jeszcze wyprawy w odległe galaktyki, podróże między wymiarami, ciała astralne i inne kompletnie oderwane od rzeczywistości wydarzenia, które - mimo ich natłoku w filmie - nie przytłaczają. Mam wrażenie, że wszystkie te zabiegi wizualne są w filmie w takich ilościach, które zachwycą widza, ale nie wzbudzą w nim poczucia przesytu. Poirytowanie czułem tylko podczas sceny zapętlenia czasu, która przypominała mi moment, w którym Tom Cruise ciągle się respanował w filmie Na Skraju Jutra.
Doktor Strange to kolejny udany film z MCU. I chyba nawet wolę formułę filmów o losach jednego bohatera, bo Strange'a wspominam lepiej niż na przykład drugą część Avengers. Równie dobrze bawiłem się na Ant-Manie mimo to, że był on utrzymany w zdecydowanie lżejszej tonacji.
Czyli została mi jeszcze ocena, która - co cały czas zaznaczam - będzie wystawiona na podstawie seansu w kinie IMAX. Moim zdaniem Doktorek zasłużył na...
8/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz