środa, 10 maja 2017

Strażnicy Galaktyki vol. 2 - RECENZJA!

Jestem trochę w kropce, wiecie? Coś było lepszego, coś nieco gorszego niż w jedynce i zaraz postaram się Wam o tym szerzej napisać. Na seans drugiej części Strażników Galaktyki wybrałem się w ostatnią sobotę do - a jakże - kina IMAX. Cały czas twierdzę, że wszystkie najgłośniejsze blockbustery najlepiej jest oglądać w takiej właśnie formie. Kontynuacja Strażników znowu zaczyna się od sporej rozpierduchy, której urywki zna każdy, kto oglądał zwiastuny - Drax skacze w paszczę wielkiego gluta z przerośniętą szczęką i mackami i zaczyna się film. Od samego początku serca widzów podbija niekwestionowany urok Groota w wersji dziecięcej i wraz z kolejnymi scenami miłość do tej postaci tylko wzrasta.


Po epickiej nawalance pojawia się zaczątek fabuły filmu, w którym poznajemy prawdziwego ojca Petera Quilla i przenosimy się na planetę Ego. I to jest - w mojej opinii - największy zgrzyt. Ktoś za bardzo pobawił się efektami CGI w scenach, które dzieją się właśnie w tym miejscu i oglądając je miałem wrażenie, że inspirowane były przekoloryzowanymi fragmentami drugiej i trzeciej części Hobbita. Żeby już więcej nie narzekać przytoczę jeszcze jedną wadę, która mocno rzucała mi się w oczy - linia fabularna kręciła się dookoła relacji Star-Lorda z jego ojcem, ale wszystkie wydarzenia poboczne nie do końca były ze sobą w miarę rozsądnie połączone. I to są moje jedyne zarzuty do Strażników Galaktyki vol. 2. Teraz przyszła pora już na to, co mi się podobało.


Największymi zaletami przygód zbieraniny kosmicznych szumowin są - ponownie - ścieżka dźwiękowa (którą od kilku dni ciągle odtwarzam) oraz wiele nawiązań do popkultury z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Krótkie sceny z takimi ikonami jak Stallone czy Hasselhoff to bardzo sympatyczne mrugnięcie okiem do widzów, a scena, w której bohaterowie rozmawiają o Mary Poppins totalnie rozkłada na łopatki. Niektórzy mogą mieć problem z odbieraniem żartów, których jest cała masa. Jeśli nie krępują Was rozprawki na temat kupy czy ordynarne odzywki Rocketa to na pewno będziecie usatysfakcjonowani. Do tego filmu trzeba podchodzić po prostu z dystansem i nie oczekiwać jakiegoś wyolbrzymionego patosu, który pojawia się w innych produkcjach sygnowanych logo Marvela.


Warto zauważyć, że grono głównych bohaterów poszerzyło się o trzy kolejne postaci. Mam na myśli Yondu, Nebulę oraz Mantis. Bardzo podobało mi się rozwinięcie wątku tego pierwszego, bo okazało się, że nie jest takim do końca bezdusznym gościem z paskudną facjatą. Z kolei niebieską siostrzyczkę Gamory również możemy poznać z innej strony niż do tej pory. A Mantis... No cóż... Sceny, w których pojawia się wraz z Draxem potrafią rozbawić do łez. Zresztą można ich uronić naprawdę wiele w innych momentach. Motyw z pościgiem wysłanym przez Ayeshę może spowodować ból żeber. To po prostu musicie zobaczyć!


Podczas seansu nie zdarzyło mi się w ogóle zerknąć na zegarek i czas minął mi bardzo szybko. Spowodowane było to oczywiście tym, że na ekranie cały czas coś się działo i nie chciałem, żeby jakaś scena mi umknęła. Kiedy już myślałem, że tempo w jakiś sposób siądzie, ktoś znowu ruszał do akcji - a to ucieczka z więzienia, a to pogoń Nebuli za Gamorą - wielki szacun! 


Nie mam zielonego pojęcia w jaki sposób mógłbym odebrać ten film gdybym nie był fanem produkcji Marvela czy zwolennikiem komiksów. Pewnie stwierdziłbym, że jest kompletnie porąbany, nieco ordynarny i za bardzo zakręcony. Z tego miejsca zaznaczam również, że ocena jest wystawiana z pozycji osoby totalnie zakochanej w Strażnikach Galaktyki i na wiele rzeczy jestem w stanie przymknąć oko albo w ogóle ich nie zauważyć. Co mi pozostało? Moja ocena to:

8,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz